Phoenix — If I Ever Feel Better
W roku dwutysięcznym nakładem wytwórni Source ukazał się album United zespołu Phoenix. Zgodnie z założeniami branży muzycznej album promuje się singlem, singiel staje się hitem i zostaje w pamięci na lata. Nie inaczej było w tym przypadku. „If I Ever Feel Better” promujący ten album, takim singlem jest. Został wydany na winylu w formacie maxi, a składają się na niego trzy utwory: A1 - oryginalna wersja, A2 - „If I Ever Feel Better (Dub Better Mix)” w wykonaniu Todda Edwardsa oraz B1 - „If I Ever Feel Better (I’ll Go To The Disco)” w wykonaniu The Buffalo Bunch.
Dlaczego to singlowe wydanie jest tak ważne i zasługuje na własną analizę, poza całym szkieletem albumu? Jest to symfoniczna biblia. Trzy wersje tego samego utworu tworzą tryptyk, w którym każda jest odnogą jednej podróży muzycznej. Każda jest unikalna, każda inaczej zaaranżowana, każda ma swoją własną historię. Jego kompozycja jest kosmiczną fuzją przeróżnych wpływów muzyki alternatywnej. W celu zbadania tej mieszaniny emocji, parkietowej siły, melancholii i innowacji, konieczna jest krótka analiza historyczna.
WSPOMNIENIA
Czasy wszechobecnej nostalgii i sentymentalnych powrotów do lat minionych tchnęły drugie życie w wiele gatunków muzyki. Cofnijmy się do lat 00. i 10. obecnego wieku, kiedy pojawiły się takie twory jak bloghouse, hyperpop, electroclash i dalsze zmyślone nazwy. Gatunki te zrodziły się w designerskich piwnicach miasta nad Sekwaną i na nowojorskich profilach na tumblerze.
Korzeni tego fenomenu można doszukiwać się tak samo w french touchu, jak w muzyce gitarowej. Szeroko pojęty indie rock, a w szczególności zamiłowanie do ramonesek i czarnych okularów marki ray-ban, stanowi jego fundament. Żeby dobrze opowiedzieć tę historię, musimy przenieść się jeszcze o dekadę wstecz, do Wersalu, czyli na przedmieścia wspomnianego wcześniej Paryża. Tam powstał Phoenix.
Thomas Mars, Deck d’Arcy i Chris Mazzalai, trójka przyjaciół ze szkoły, postanowili założyć wtedy zespół muzyczny. W 1995 roku dołączył do nich brat Mazzalaia, Laurent Brancowitz. Czemu to tak ważne, że akurat Brancowitz dołączył do zespołu? Ponieważ wcześniej był członkiem innego, również nieznanego zespołu o nazwie Darlin’. Trio to w pełnym składzie nigdy nie zaistniało w wielkim showbiznesie. Natomiast, jak to bywa w każdej bajce, zespół Darlin’ musiał przeobrazić się w coś niezwykłego. Pozostała dwójka, czyli jegomoście Thomas Bangalter i Guy-Manuel de Homem-Christo, jest obecnie znana całemu światu jako Daft Punk.
Nie jestem w stanie wskazać, kto dla kogo był inspiracją, natomiast słuchając instrumentalnych ballad Phoenix przeplatanych syntezatorami i samplami, nietrudno wyobrazić sobie dwie zamaskowane postaci z Daft Punk. Z kolei tytanom french house’u często towarzyszyły ostre gitarowe riffy lub melodyjne interludia, które dopełniały ich elektryzujące przeboje. Tak czytam (czy słucham) wczesną twórczość Phoenix. To właśnie stąd, z tego zderzenia ramonesek z klawiszem, poprowadzi później droga do wszystkich tych bloghouse’ów, hyperpopów i elektroclashów, do których dziś wracamy sentymentem. Wszystko to zostało przez Phoenix zawarte w singlowym wydaniu. „If I Ever Feel Better”.
MAGICZNY TRYPTYK
I. ORYGINAŁ
Myślę, że ten utwór jest pierwszym i jedynym powodem, dla którego chciałbym na chwilę stać się milenialsem. Chociaż zaliczam się jeszcze do uprzywilejowanej grupy osób, którym było dane skorzystać z iPoda Nano, to jednak była to zupełnie inna metafizyka. „If I Ever Feel Better” to utwór kontrastów. Jest imprezowy i nostalgiczny. Jego melodia bardzo powoli wypełnia serce radością, mimo że lirycznie spisuje słuchacza na straty. Wspomina o miłości, później o jej braku, ciężkich czasach i kryzysie osobowości. Wokół jest chaos i poszukiwanie sensu życia. Z drugiej strony czuć w tym wszystkim dystans i chłodne spojrzenie, a szklanka jest prawie do połowy pełna. Natomiast zakładam, że nie jest to szklanka z wodą.
Liryczna obojętność znajduje swój odpowiednik w prostej linii basu, która prowadzi nas przez pierwsze kilka taktów. I w tej całej smucie i melancholii pojawia się refren. Refren ku pokrzepieniu serc: „If I ever feel better / Remind me to spend some good time with you / (…) When it’s all over, I’ll let you know”. Jest światło w tunelu, jest optymizm i troska o samego siebie. Razem z tymi słowami pojawia się elektryczny sampel z japońskiej bossa novy autorstwa Toshiyukiego Hondy. Jego „Lament”, w utworze Phoenix przybiera tytuł „Nadzieja” i wyciąga nas z wcześniejszego marazmu. Po to, żeby zniknąć zaraz w drugiej zwrotce. I pojawić się znowu, w kolejnym refrenie, jak…
II. FRANCUSKI DANCEFLOOR
[[yt: 6WzCVZghI1A]]
Tu melancholia się kończy i zaczyna się zabawa na całego. Z redaktorskiego obowiązku powróćmy jednak najpierw do personaliów. Za remix „If I Ever Feel Better (I’ll Go To The Disco)” odpowiada The Buffalo Bunch, czyli Play Paul i Raw Man. Kolejni po Daft Punk pionierzy francuskiego dotyku. Z Daft Punk łączy ich nie tylko muzyka, ale i więzy krwi, ponieważ Play Paul to rodzony brat Guya-Manuela. A za sterami miksu stał Philippe Zdar z Cassius. To jest po prostu mieszanka wybuchowa.
Przechodząc do rzeczy - taki typ utworu nazywamy popularnie „wkrętakiem”. Od pierwszej nuty słychać nienaturalnie wydłużające się napięcie, powoli zmierzające do upragnionego przez parkiet dropu. Z oryginału pozostaje nam tylko zapętlone „I can try…”. Nie czujemy już żadnych rozterek, bas dudni z głośników, a na twarzy każdego pojawia się uśmiech. W żaden sposób nie zabija to duszy oryginału, tylko odkrywa jego kolejny niespodziewany rozdział. Nie można powiedzieć też, że ta aranżacja to pomysł kompletnie od czapy. Wszyscy zamieszani w tę sprawę to wieloletni przyjaciele-muzycy, wywodzący się z jednego miasta. Czuć, że nadają na tych samych falach, rozmawiają o podobnych emocjach i ideach, ale potrafią przedstawić je w tak skrajnie inny sposób. Te dwie wersje są komplementarne, więc aby zrozumieć fenomen „If I Ever Feel Better” konieczne jest poznanie ich obu.
III. BRYTYJSKI DANCEFLOOR
[[yt: aoTGfQQZHcI]]
Teraz wsiadamy do pociągu Eurostar relacji Paryż-Londyn. Po pokonaniu kanału La Manche witają nas głośna stopa i werbel, w charakterystycznym, synkopowanym rytmie. Tego jeszcze w „If I Ever…” nie grali. Nad głową pojawia się mieniąca się od stroboskopów kula disco, a zza konsolety wyłania się Todd Edwards. Pierwszy Amerykanin, który zdobył obywatelstwo Wielkiej Brytanii poprzez miłość do garażu. Ta wersja to czysty garaż. Chociaż nie, to znowu niesamowita kombinacja, tym razem francuskiej robotyczności i brytyjskiego groove’u. Sposób, w jaki Edwards pociął wokale Phoenix jest mistrzowski. Odwracając kolejność wersów, opowiedział całkiem nową historię. Do tego dołożył on kolejne ścieżki wokalne z dziesięciu różnych utworów Jamesa Taylora i Jacksona Browne’a. Wszystkie te słowa, jak anielskie chóry, stają niczym do rapowej bity, a nad nimi czuwa boski pierwiastek. Jest to klasyczny ruch Edwardsa: głosić chrześcijańskie przesłanie nawet w najbardziej zakurzonych otchłaniach danceflooru. W tej wersji słychać, że z oryginału zachowało się naprawdę dużo, natomiast jest ona kolejnym przekształceniem w jeszcze inny (u)twór. Ostatnia część tryptyku zamyka tę mistyczną podróż w iście boskim stylu.